Gdy tylko rozejrzał się po
jasnym pomieszczeniu, zobaczył, że wszyscy już przybyli. Cztery osoby siedziały
przy narożnikach pięciokątnego, potężnego stołu, wykonanego przez najlepszego
stolarza Petronii. Pomimo upływy czasu, czerń drewna nadal połyskiwała w blasku
słońca. Tylko jedno miejsce nadal pozostawało puste.
Withell zamknął za sobą drzwi
i przyklęknął przed królem, oddając w jego ręce list. Gdy władca zaczął czytać,
mężczyzna, wstając, poszedł na swoje miejsce między lordem Hagonem z Rochy,
wiecznie wyglądającym młodo, pięćdziesięcioletnim byłym zwierzchnikiem miasta,
a sir Labraidem, kanclerzem i najlepszym mówcą w królestwie.
Nadal nie mógł uwierzyć, że
sala tronowa, którą znał tak dobrze, w której często przebywał od kilku lat,
wciąż wzbudza w nim zachwyt. Starzy architekci znali się na rzeczy, stwierdził
już dawno temu, lecz lubił sobie to przypominać. Żywe barwy użyte do witraży
chwytały go za serce — patrząc na szary świat, często ze spuszczoną głową
myślał o pięknie architektury, jaką zbudowano kiedyś. Nad tronem wisiała rozeta
— zawsze drgało mu serce, kiedy wspominał o historii, która ukształtowała
Idmar. Będąc pierwszy raz w sali omal nie zemdlał, widząc freski
przedstawiające najważniejsze wydarzenia. Te bliższe teraźniejszości niczym nie
przypominały tych dawnych, pięknych, misternych.
— Zamieszki, bunty w Tunesie. Ludzie czują, że coś się święci, nie wiedzą co — rzekł król, spoglądając na swoich doradców, jakby czekał, aż któryś się odezwie. Władca zaczął gładzić swoją czarną brodę. — Jeśli tak dalej pójdzie, staniemy w obliczu wojny domowej. Lordzie Hagonie, proszę napisać list i poinformować lorda Golvana, żeby stłumił wszystko. Wprowadzić godzinę nocną, wyśledzić podżegaczy, aresztować pokazowo opornych.